
DARŁOWO
Darłowo to jedna z wielu miejscowości położonych w bliskiej odległości od morza. Nie wiele osób wie, że właśnie blisko tej miejscowości znajduje się jedna z baz Lotnictwa Marynarki Wojennej pełniącej dyżur w ramach służby poszukiwawczo ratowniczej (SAR).
Nasza redakcja postanowiła odwiedzić to miejsce, poznać ludzi, sprzęt i procedury w ramach jakich działa to lotnisko. Podczas krótkiego briefingu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli okazję uczestniczyć w egzaminie jednego z członków załogi na ratownika pokładowego. W związku z tym, nasza ekipa reporterów została podzielona na dwie grupy. Pierwsza grupa została oddelegowana do portu aby tam obserwować egzamin z pokładu szybkiej łodzi ratunkowej typu SAR 1500 „Tajfun” działającego w ramach Morskiej Służby Ratowniczo Poszukiwawczej. Pozostałą część trafiła na pokład śmigłowca ratowniczego Mi 14 PS (nr boczny 1013). Przed wejściem na pokład musieliśmy udać się do magazynu w celu zaopatrzenia się w odpowiedni strój, w skład którego wchodził: kombinezon ratowniczy, kamizelka ratunkowa samo napełniająca się, hełm lotniczy oraz pełną uprząż alpinistyczną.
Po starcie, nastąpiło przygotowanie załogi do rozpoczęcia ćwiczenia. Pierwszym etapem było opuszczenie manekina symbolizującego osobę poszkodowaną na płytę lotniska. Następnie ratownik udał się na dół i zabezpieczył „poszkodowanego” do transportu na pokład śmigłowca. Po zaliczeniu tego manewru, śmigłowiec udał się nad akwen morski. Po minucie byliśmy już nad ustalonym wcześniej punktem. Łódź ratownicza utrzymywała stałą prędkość i kurs a my podchodziliśmy od rufy. Tu mieliśmy przećwiczyć opuszczanie ratownika na jednostkę pływającą oraz podejmowanie poszkodowanego stosując kilka technik wciągania. Na pierwszy ogień poszedł doświadczony ratownik. Po opuszczeniu go na dół, zabezpieczył pokład w celu przyjęcia manekina pełniącego rolę poszkodowanego w całych ćwiczeniach.
Kolejnym etapem było opuszczenie deski ratowniczej wraz z ratownikiem zdającym egzamin. Należy pamiętać, że całe ćwiczenie odbywało się na niskim zawisie śmigłowca i płynącą łodzią ratowniczą. W tym czasie opuszczeni ratownicy mieli czas na przygotowanie poszkodowanego do transportu. Śmigłowiec oddalił się w tym czasie od jednostki ratowniczej, zataczając duże koła jednak cały czas pozostając w kontakcie wzrokowym i radiowym z załogą łodzi i ratownikami. Po otrzymaniu sygnały przez radio o gotowości do transportu, ponownie potężny Mi 14 zawisł nad pokładem SAR 1500. Uwierzcie, że utrzymanie tych dwóch maszyn wymagało od ich operatorów dużego wysiłku ale było widać, że nie sprawiało im to zbytniego problemu – w końcu robili to nie pierwszy raz. Podjęcie ratownika z noszami trwało chwile, po odpięciu go z noszy można było wciągać drugiego ratownika z łodzi.
Kolejnym etapem było wykorzystanie kosza ratowniczego do transportu poszkodowanego tym razem bezpośrednio z powierzchni wody. Tak więc nasz dzielny manekin, tym razem wylądował w wodzie, czekając aż pomoc nadejdzie z powietrza. Trzeba dodać, że woda w tym okresie nie należy do najcieplejszych i żaden z Nas obserwujących to z pokładu śmigłowca, nie chciał się znaleźć w jego skórze. Pomimo dużej ilości miejsca wewnątrz śmigłowca, kosz ratowniczy zajmuje sporą część pokładu i zamontowanie go pod wyciągarką nie zajmuje minuty czasu.
Uporawszy się z tym, namierzyliśmy gdzie dokładnie znajduje się manekin i przystąpiliśmy do podjęcia go z wody. Operacja ta nie wiele różni się od poprzedniej, z tą różnicą, że ratownik opuszczany jest w koszu. Wcześniej ubrany jest w strój ochronny w postaci pianki (w okresie zimowym, bądź kiedy temperatura wody jest bardzo niska, stosuje się suche skafandry z podpinką) i podstawowego ABC płetwonurka tj maski, fajki i płetw. Po zetknięciu się kosza z powierzchnią wody, ratownik czym prędzej popływa do poszkodowanego, holuje go by następnie umieścić w koszu. Obydwie mokre osoby są podnoszone na pokład śmigłowca i czym prędzej transportowane na lotnisko bądź najbliższego szpitala. Manewr ten powtórzyliśmy jeszcze kilkukrotnie od początku do końca by po prawie dwóch godzinach lotu powrócić na macierzyste lotnisko w Darłowie.
Udział w tych ćwiczeniach pozwolił zobaczyć jak ciężka jest praca pilotów, techników i ratowników służących na śmigłowcach takich jak Mi 14 PS. Załoga takiej maszyny jest jak jedna dłoń, w której każdy palec wie za co jest odpowiedzialny i co ma robić. Podczas realnej akcji nie ma czasu na pomyłki, roztrzepanie czy nieuwagę. Każdy błąd może nie tylko kosztować życie załogi ale osoby poszkodowanej, której pomocą niosą śmigłowce ratownicze marynarki wojennej. Dlatego tego typu ćwiczenia są powtarzane wielokrotnie aby osiągnąć stan pełnej profesjonalizacji.